CIAŁO MDŁE, ALE DUCH WIELKI

O swoim życiu i pasjach opowiada Tadeusz Borowski, najstarszy wierny słuchacz Filharmonii Łódzkiej

 

Pierwsze moje spotkanie z muzyką to orkiestry dęte, które grały marsze pogrzebowe. Urodziłem się na Bałutach. Mieszkałem najpierw na ulicy Sierakowskiego, potem na Konarskiego. To była niewielka przecznica Zgierskiej, pomiędzy Julianowską i dzisiejszą Murarską. Dziś już jej nie ma – na tym miejscu stoi wysoki, długi blok mieszkalny. Kolejny mój adres, już po wojnie, to Plac Kościelny 5 – ten budynek istnieje do tej pory.

Miałem może 4–5 lat, nieraz z kolegami patrzyliśmy na kondukty pogrzebowe, które szły w stronę cmentarza na Radogoszczu. Podobały mi się marsze żałobne, które grano na instrumentach dętych. Wpadł mi w ucho szczególnie jeden z nich, potem okazało się, że to słynny marsz z Sonaty b-moll Chopina...

Jak znalazłem się na koncercie łódzkich filharmoników w 1945 roku? To był przypadek. Moi towarzysze zabaw z Placu Kościelnego, Wacek i Rysiek, byli synami stroiciela fortepianów, który mieszkał w tym samym domu. Przybiegli po mnie, wołając: „Możesz iść z nami do hali na Łąkową, tam już jest ojciec i stroi! Będzie grała prawdziwa orkiestra!”. I tak oto pojawiłem się na koncercie – niewiele pamiętam, prócz potężnego wrażenia, jakie wywarł na mnie widziany po raz pierwszy tak liczny zespół, tylu muzyków z rozmaitymi instrumentami! 

Po wojnie budynek filharmonii był remontowany, koncerty odbywały się przeważnie w sali kina Bałtyk, gdzie akustyka była kiepska. Ale i tak przeżywałem każdy koncert. W 1946 poznałem ówczesną koncertmistrzynię orkiestry symfonicznej, Bronisławę Rotszatównę, a także jej wychowanicę, uratowaną z getta. Rotsztatówna była znakomitą skrzypaczką, pamiętam, jak grała Kaprys Paganiniego. Zmarła w roku 1949, wyniszczona przez życie w Litzmannstadt Ghetto, a potem w Auschwitz. To z mojej inicjatywy Filharmonia Łódzka zrealizowała pomysł wykonania nowej macewy, z napisami hebrajskimi i polskimi, a także ozdobnym motywem skrzypiec, na grobie swojej pierwszej powojennej koncertmistrzyni na cmentarzu przy Brackiej. Uroczystość ustawienia macewy odbyła się w 70. rocznicę śmierci Rotsztatówny, w lutym 2019 roku – oczywiście byłem tam obecny i zabrałem głos. 

Nie potrafię powiedzieć, którego z artystów lubiłem słuchać najbardziej… Nie pamiętam już teraz żadnych szczególnych koncertów. Były ich setki, a od 1946 roku chodziłem prawie na wszystkie. Jeszcze niedawno tak było, zmieniła to dopiero pandemia… Każdy koncert jest wszakże inny – jak bardzo się różnią, mogłem się przekonać na organizowanych przed laty porankach niedzielnych. W niedzielę rano filharmonicy powtarzali koncert piątkowy i choć program był ten sam, utwory brzmiały inaczej… 

Pamiętam, jak grał Witold Małcużyński, uczeń Paderewskiego. Pamiętam Włodzimierza Ormickiego, dyrygenta starszego pokolenia, który w latach 20. ubiegłego stulecia studiował w Wiedniu i Monachium, potem dyrygował w Europie, by wreszcie wrócić do Polski. Pod koniec lat 40. był pierwszym dyrygentem łódzkiej filharmonii. Dobrze go wspominam po części dlatego, że dzięki niemu udało mi się być na pierwszym po wojnie Konkursie Chopinowskim. Inny zapamiętany przeze mnie dyrygent to Jerzy Semkow. A z kolei z Janem Maklakiewiczem, także dyrygentem, wiąże się taka anegdota: kiedy zajrzałem po koncercie do jego garderoby, przedstawił mi swojego bratanka, Zdzisia, który akurat go odwiedził. Obaj mieliśmy wtedy po około 20 lat, więc szybko weszliśmy w komitywę, by w kilkanaście minut później udać się w odpowiednie miejsce „na jedną lufę”... Tak, to był znany później aktor Zdzisław Maklakiewicz.

Filharmonia to mój drugi dom. Tu poznałem wielu różnych, ciekawych ludzi. Kilkadziesiąt lat temu, za poprzedniej generacji, rozmawiało się więcej. Nie było internetu, telewizji, nawet telefony stanowiły rzadkość. Ludzie przychodzili do filharmonii nie tylko po to, by słuchać muzyki, ale też po to, by się spotkać, porozmawiać. Tego rozmawiania po latach zaczęło mi brakować, toteż z pracującą tu niegdyś Krystyną Pietranek wymyśliliśmy Salon Przyjaciół FŁ – byłem współinicjatorem tego trwającego przez wiele lat cyklu wspaniałych spotkań. 

Wiedzę o muzyce czerpałem zewsząd, choćby z audycji radiowych, szczególnie lubiłem „Kwadrans muzyczny Karola Stromengera”. Fascynował mnie bardzo charakterystyczny głos i styl mówienia Jerzego Waldorffa, który wygłaszał na antenie Polskiego Radia swoje cotygodniowe felietony muzyczne. Także za pośrednictwem radia Waldorff zorganizował społeczną zbiórkę funduszy na wykupienie willi Karola Szymanowskiego w Zakopanem (po II wojnie światowej miała kilku właścicieli i lokatorów). W ten sposób w „Atmie” powstało muzeum kompozytora – oddział Muzeum Narodowego w Krakowie. Pojechałem na jego otwarcie w 1974 roku i poznałem Waldorffa osobiście. Bywał on zresztą także w łódzkiej filharmonii.

Pomimo że nigdy nie byłem związany zawodowo z muzyką, w ciągu tak długiego życia zgromadziłem sporo wiadomości na jej temat. Zawsze interesowali mnie muzycy, kompozytorzy, instrumenty… Jestem amatorem w świecie muzyki, ale amatorem w pełnym tego słowa znaczeniu – miłośnikiem, który szczerze kocha, chce być jak najbliżej przedmiotu swej miłości i wiedzieć o nim jak najwięcej. Tu przytoczę anegdotę. Pewnego razu, kilka lat temu, byłem z grupą znajomych w sali organowej łódzkiej Akademii i opowiadałem o muzyce, pamiętam, że próbowałem objaśnić, co to jest barwa dźwięków. Okazało się, że za nami siedział rektor AM, podszedł do mnie potem i spytał z ciekawością: „A gdzie pan kończył muzykologię?”. Oczywiście wyprowadziłem go z błędu...

Drugim obszarem moich muzycznych zainteresowań, po muzyce klasycznej, jest jazz. Tak się złożyło, że uczestniczyłem w koncertach słynnej potem łódzkiej grupy „Melomani” w Ustroniu Morskim w lipcu i sierpniu 1952 roku. W restauracji „Ustronianka” występowali: Krzysztof Trzciński – jeszcze nie Komeda, Andrzej Trzaskowski, Witold Sobociński, Jerzy Matuszkiewicz i Andrzej Wojciechowski. To był ważny rok dla zespołu – przyłączył się Trzciński, a grupa zyskiwała coraz większą popularność, występując w różnych miejscowościach. Właśnie Komedzie udało się załatwić dwumiesięczny kontrakt w lokalu dancingowym w Ustroniu. To były narodziny jazzu w Polsce. Atmosfera koncertów przyciągała do Ustronia filmowców, pisarzy, dziennikarzy. Warto przypomnieć, że wówczas jazz uznawany był za wytwór wrogiej socjalizmowi kultury burżuazyjnej. Żył jeszcze Stalin, jazz był zabroniony. Można go jednak było przemycić pod postacią muzyki rozrywkowej… 

W 2013 roku zaproszono mnie do Ustronia Morskiego na Baltic Jazz Night. Program artystyczny nawiązywał do twórczości Komedy, a ja, naoczny świadek występów „Melomanów” sprzed lat, opowiedziałem o nich zebranej publiczności. Zapamiętałem wszak nie tylko wspaniałą, improwizowaną muzykę, ale całą otoczkę tych występów. Na przykład romans Komedy z pianistką Barbarą Hesse-Bukowską*, która mieszkała w domu pracy twórczej ZAiKS (już była znana, jako zdobywczyni drugiej nagrody w Konkursie Chopinowskim w 1949). Pracowała wtedy nad koncertem Rachmaninowa. Słuchali z Komedą nawzajem swojego grania, chodzili razem na plażę... 

Od dawna zajmuję się tematyką żydowską. Współpracuję z Centrum Badań Żydowskich przy Instytucie Historii Uniwersytetu Łódzkiego. Występuję jako świadek historii, tej przedwojennej, tej wojennej, i także późniejszej, często opowiadam o niej młodzieży. To jest niejako moja tematyka, bo wychowałem się w środowisku wielonarodowym. W naszej kamienicy przy Sierakowskiego mieszkali Żydzi, Polscy, Niemcy, nawet Rosjanin. Wszyscy zgodnie żyli. Tak się złożyło, że moi przyjaciele z dzieciństwa byli Żydami, wspólnie mieszkaliśmy, bawiliśmy się. Oni, w myckami na głowach, biegli w niedzielę do swoich szkół, zwanych „szabasówkami”, ale ich rodzice także nas częstowali macą i chałkami w szabas. Nasze rodziny zaopatrywały się w żydowskich sklepikach, na straganach, gdzie było taniej niż u niemieckiej czy polskiej konkurencji. I Niemcy byli różni – już w czasie okupacji sąsiadka Niemka ostrzegała mnie przed innym Niemcem, który stanowił zagrożenie... 

Kiedy utworzono w Łodzi getto, chciałem pójść z nimi, z moimi towarzyszami zabaw, być razem z Dawidkiem i Sarką, i z innymi dziećmi, z którymi dotąd przebywałem na co dzień. To była dla mnie tragedia. Kochałem ich, a musiałem się z nimi rozstać. Wujek powiedział mi jednak: „Nie możesz tam iść, bo musisz tych ludzi ratować, stąd”. I tak było, próbowaliśmy. Wujek współorganizował ruch oporu. A od wykształconego Żyda – Dawid miał na imię – którego ukrywał, a którego ja obsługiwałem, uczyłem się tego, czego nie zdążyłem w szkole: łaciny, filozofii, historii… Jemu zawdzięczam to, kim jestem. Smutne, że po latach, w pamiętnym roku 1968, znowu żegnałem przyjaciół Żydów, których wyjechało tysiące… 

Przed wojną skończyłem tylko trzy klasy szkoły powszechnej, mieściła się przy Sędziowskiej 8/10. W jednej połowie budynku uczyli się Polacy, w drugiej Niemcy, których sporo mieszkało w tej okolicy, na Julianowie. Razem jednak graliśmy w piłkę na szkolnym boisku. 

Nauczycielka przyjeżdżała do nas codziennie tramwajem ze Zgierza. W pewnym sensie – uratowała mi życie, bo gdybym tak dobrze nie poznał lasu… To ona zasugerowała mi, bym stworzył drużynę zuchową – w drugiej klasie bardzo chciałem być harcerzem, ale brakowało mi roku do wieku 10 lat, kiedy można było wstąpić do harcerstwa. A zuchów w szkole nie było. „Nie ma drużyny, to ją stwórz”, powiedziała nauczycielka i posłuchałem jej. Dzięki pobytowi na obozie leśnym z harcerzami w Łagiewnikach znałem ten las jak własną kieszeń. To mi uratowało życie podczas okupacji, kiedy mój wujek organizował przerzut ludzi do Generalnej Guberni. Było to możliwe, bo władze niemieckie pozwoliły Polakom zbierać chrust na opał. Wielu zbierało, a niektórzy udawali zbieraczy… Ja się świetnie nadawałem do przeprowadzania, znałem ten teren. Ludzie, którzy działali w ruchu oporu, niekiedy musieli uciekać z Łodzi. W jednym domu przy Kasztelańskiej był punkt kontaktowy. Prowadziłem człowieka przez las łagiewnicki, Dobieszków, do Cesarki. Za Strykowem zaczynała się już GG. Jak pojawiał się gajowy, to pilnie zbieraliśmy gałązki, trzeba też było mieć zapas na plecach. Od 1943 do połowy 1944 roku udało mi się przeprowadzić ponad sto osób. 

W późniejszym czasie pracowałem w fabryce jako robotnik, uczyłem się wieczorowo, tak skończyłem WSI. Moim przyjaciołom Żydom zawdzięczam też pomoc w znalezieniu pracy w 1953 roku. Jak wiemy, to był rok, w którym umarł drugi po Hitlerze największy zbrodniarz w dziejach ludzkości – Stalin. Kolega doniósł, gdzie trzeba, że się z tego ucieszyłem… I zostałem bez zajęcia – ale znaleźli się tacy, którzy podali mi pomocną dłoń. 

Przywołuję teraz często powiedzenie Jerzego Waldorffa: „U mnie ciało mdłe, ale duch wielki”. Takie to bywają refleksje na starość: „Nasze ciała – zwiędłe liście na drzewie życia”, że przytoczę z kolei słowa Alberta Einsteina. Ja w dzieciństwie byłem nadpobudliwy – teraz by powiedziano, że to ADHD – ale to we mnie zostało, i okazało się, na szczęście. Nadal mam dużo energii do działania.

 

Rozmawiała i spisała Joanna Więckowska 

 

* Ciekawostka: Barbara Hesse-Bukowska urodziła się (1930) w tym samym domu przy ul. Piotrkowskiej w Łodzi, w którym wcześniej mieszkał Artur Rubinstein. I u niego, na kursach mistrzowskich w Paryżu, jako stypendystka rządu polskiego, w latach 50. doskonaliła swą grę. (przyp. red.)

 

 

Drogi Panie Tadeuszu,
chcąc uczcić 75-lecie Pana związku z łódzką filharmonią, przekazujemy Panu, naszemu najstarszemu i najwierniejszemu słuchaczowi, mały upominek – znak pamięci i emocjonalnych więzów, które łączą Pana z naszą filharmoniczną wspólnotą i tym, co jest jej duszą – z muzyką. Pandemia sprawiła, że nie mogliśmy uczynić tego w odpowiednim czasie – oto mija kolejny rok, a podziękowania za te wszystkie wspólnie przeżyte lata składamy rozpoczynając pierwszy w tym sezonie koncert, podczas którego gości Pan na widowni**.
Jest to również okazja do podziękowań za Pańskie zaangażowanie w sprawy muzycznego świata, w tym za wiele lat aktywnego uczestnictwa w Salonie Przyjaciół FŁ, a także za wspaniałą inicjatywę odnowienia nagrobka pierwszej po wojnie koncertmistrzyni łódzkich filharmoników – Bronisławy Rotsztatówny, na cmentarzu żydowskim w Łodzi.
Pana głos, jako przyjaciela filharmonii i świadka historii, postaci nierozerwalnie związanej z naszą instytucją od zarania jej powojennych dziejów, był i nadal jest słyszalny w naszej wspólnocie. Zawsze będzie Pan obecny w naszej zbiorowej pamięci, którą współtworzą zarówno losy artystów, jak i losy wszystkich osób zaangażowanych w dziedzinę sztuki muzycznej i jej upowszechnianie.

Życzę wszelkiej pomyślności, zdrowia i sił, byśmy długo jeszcze mogli wspólnie przeżywać emocje płynące z muzyki.
Tomasz Bęben
Dyrektor Filharmonii Łódzkiej im. Artura Rubinsteina

 

** List z podziękowaniami został wręczony podczas zaaranżowanej w Sali Koncertowej FŁ uroczystości przed rozpoczęciem koncertu 22 października 2021 roku. Upominkiem były elementy skrzypiec, w tym dusza, w ozdobnym opakowaniu – p. Tadeusz Borowski przyjął go z rąk koncertmistrza łódzkich filharmoników Tomasza Gołębiewskiego. Zdjęcia wykonał Dariusz Kulesza.

ZOBACZ GALERIĘ

Strona internetowa Filharmonii Łódzkiej im. Artura Rubinsteina zrealizowana w ramach projektu „FŁ100. Stuletnia i nowoczesna Filharmonia Łódzka marką regionalną” współfinansowana przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego oraz z budżetu państwa.